O autorze
Absolwent Uniwersytetu Humboldta w Berlinie na kierunku psychologia, działacz społeczny i polityczny, w latach 2011 - 2013 członek Polskiej Partii Socjalistycznej

Krajobraz po referendum

Na szczęście potwierdził się najbardziej prawdopodobny scenariusz. Fanatycy, omyłkowo pokładający nadzieję na pozytywne zmiany w Polsce w odrzuceniu ordynacji proporcjonalnej i finansowania partii politycznych z budżetu państwa, dali co prawda wyraz swoim przekonaniom, ale w porównaniu do konsekwencji realizacji ich postulatów marnotrawstwo 84 mln zł jest i tak zdecydowanie mniejszym złem. Skutek panicznej zagrywki byłego już prezydenta RP, trafnie nazwany przez pana Wiesława Kozielewicza, wiceprzewodniczącego PKW, „jednym z najdroższych sondaży przeprowadzonych w Europie”, pozostanie jedynie kuriozalnym episodem w historii polskiej demokracji.

Krokodyle łzy nad frekwencją, wylewane dzisiaj przez wielu komentatorów, są nie na miejscu. Czy można dziwić się obywatelom, że nie chcą stać się uczestnikami ponurego spektaklu, obliczonego na realizację doraźnych, partykularnych interesów politycznych? Skąd pewność, że niska frekwencja była skutkiem braku zainteresowania albo niedocenienia instrumentów demokracji bezpośredniej? Obojętność, syndrom wyuczonej bezradności, ale też świadomy bojkot w celu uniknięcia zagrożeń płynących z zabetonowania i oligarchizacji polskiej sceny politycznej – każda z tych postaw miała w niedzielę ten sam skutek: brak udziału w referendum. Nawet najtęższe umysły nie będą w stanie w sposób niepodważalny dowieść, w jakim zakresie te czy inne pobudki decydowały o historycznie niskiej frekwencji. Sondaże wykażą co najwyżej, która z odpowiedzi uważana jest przez respondentów za najbardziej akceptowalną społecznie.



We Wrocławiu referenda nie schodziły z nagłówków gazet już od lutego tego roku. To wtedy rozpoczęła działalność grupka mieszkańców, z której zrodziła się późniejsza inicjatywa obywatelskiego referendum we Wrocławiu. Od piątku wiemy już, że inicjatorom nie udało się zebrać potrzebnej liczby podpisów. Mimo tego mieliśmy we Wrocławiu referendum lokalne, tyle że zorganizowane na wniosek prezydenta Rafała Dutkiewicza. Wiele na to wskazuje, że głównym celem jego zorganizowania było przyćmienie, może i storpedowanie, inicjatywy obywatelskiej i próba uwiarygodnienia wizerunku prezydenta jako przywódcy wsłuchującego się w głos mieszkańców miasta. Przynajmniej to ostatnie się ewidentnie nie udało, zadbał o to sam prezydent, odrzucając prośbę przedstawicieli strony obywatelskiej o dołączenie ich pytań do niedzielnego referendum. Dwulicowość i prostactwo ponownie zatriumfowały nad mozolnie wpajanymi podstawami marketingu politycznego, nie mówiąc już o szczerej trosce o los miasta i jego mieszkańców. Ba, prezydent Dutkiewicz nie przejmuje się nawet zbytnio obowiązującym porządkiem prawnym, skoro już zapowiedział, że wyniki referendum „zrealizuje” niezależnie od frekwencji.

Frekwencja na poziomie 10,58%, i tak wyższa od ogólnokrajowych 7,8%, w żadnym wypadku nie upoważnia do uogólnień, ale przynajmniej tym wrocławianom, którzy oddali swój głos, w odniesieniu do pytania o eliminowanie ruchu samochodowego z centrum Wrocławia należą się słowa uznania. Społeczeństwo, któremu od 20 lat wbija się do głowy prymat indywidualnego ruchu samochodowego, jednoznacznie priorytet ten odrzuciło i to w mieście z najbardziej zdezelowanym taborem tramwajowym w skali kraju, ciągłymi ograniczeniami kursów autobusowych, ścieżkami rowerowymi, które prawie zawsze kończą się ruchliwą ulicą, drzewem albo przynajmniej koszem na śmieci, skrzętnie przy tym omijając ścisłe centrum i sygnalizację świetlną, która na każdym przejściu udowadnia pieszym, że dla planistów nadal są wrogiem publicznym nr 1. 67,5% za namiastką cywilizowanego świata to wobec tak nieustępliwej propagandy prosamochodowej wręcz kosmiczny wynik. Na drugim biegunie możemy umieścić poparcie dla organizowania kolejnych dużych imprez. 71,8% jest wynikiem o tyle zasmucającym, że mieszkańcy najbardziej zadłużonej polskiej metropolii skutki takiej polityki zdążyli już odczuć na własnej skórze. Można odnieść wrażenie, że osoby te nie były świadome tego, że każda z takich imprez oznacza konkretne braki w infrastrukturze i ofercie usługowej miasta. Przecież urzędnicy nie umieli nawet zarobić na jednym koncercie Queen na stadionie miejskim i to nie uwzględniając jego kosztów utrzymania czy wieloletniej pożyczki na jego budowę. Poparcie dla podobnych imprez może więc wynikać jedynie z niewiedzy albo naiwności, że koszt pokryje kto inny.

89% poparcia zwiększenia nakładów na rewitalizacje historycznej zabudowy przyjąłem beznamiętnie. W wielu miejscach Wrocław się po prostu sypie. Jeżeli rada miasta nie dokona tutaj dramatycznych zmian w skali programu remontowego, za kilka lat może już nie będzie co rewitalizować. Ostatnią kwestią było metro, jak widać najbardziej kontrowersyjną, bo plan budowy metra odrzuciło 53,3% uczestników referendum. Sam pomysł metra wpisuje się w powierzchowny, festiwalowy, skalkulowany na maksymalny efekt medialny styl uprawiania polityki przez prezydenta Dutkiewicza. Chodzi więc o zabłyśnięcie, o wygranie wyścigu o miano drugiego po Warszawie miasta z systemem kolejki podziemnej z Krakowem, o insygnia europejskiej metropolii, choćby za cenę ostatecznego bankructwa i całkowitej agonii pozostałych gałęzi transportu publicznego. Ani koszty, ani długofalowe korzyści dla mieszkańców Wrocławia nie mają tu jakiegokolwiek znaczenia. Ja opowiadałem się za poparciem budowy metra, mimo że koncepcja przebiegu linii przedstawiona przez magistrat mogłaby raczej posłużyć jako element kampanii przeciwko metru - na przeważającej długości linie dublowały istniejące linie tramwajowe, a jedyną dzielnicą, która faktycznie znacząco zyskiwała, było Psie Pole. Czemu więc wolałem poprzeć prezydenta w tym pytaniu? Ponieważ uważałem, że odrzucenie metra potraktuje on za pretekst do wygaszania debaty nad kształtem wrocławskiego systemu transportowego w ogóle, co miałoby dla miasta katastrofalne skutki. Oczywiście nikt nie mógł z pewnością przewidzieć, jak zareaguje prezydent. Ale nawet jeżeli temat komunikacji zbiorowej uzna za zamknięty, to my, aktywiści miejscy, musimy tym bardziej walczyć o budowę szybkiej kolei miejskiej. Od ostatniego tygodnia można się zapoznać z moją autorską koncepcją takiej sieci, dalsze artykuły będą publikowane średnio co tydzień. I tu pozostałem wierny swojej zasadzie niekrytykowania czegoś, jeżeli nie mogę zaproponować alternatywy, która z dużą dozą prawdopodobieństwa jest lepsza od kontestowanej propozycji.

Pytania były nieprecyzyjne, referendum być może niekonstytucyjne, a tematy nie budziły większego zainteresowania, więc nie zakrzątajmy sobie umysłów rozmyślaniem nad powodami historycznie niskiej frekwencji. Wybierzmy już za 8 tygodni takich polityków, żebyśmy podobnych spektakli mieli jak najmniej.
Trwa ładowanie komentarzy...